Słoik na studiach

Słoik na studiach

Przyjechałam do Warszawy w czasach, kiedy określenie „Słoik” jeszcze nie funkcjonowało. Nie było tych podziałów wśród znajomych, w internecie, na portalach społecznościowych – właściwie to jako-takich portali też jeszcze nie było, a jeśli były, to nie tak popularne i powszechne jak teraz. Mój przyjazd wiązał się z wkraczaniem w tak zwaną dorosłość – opuszczenie rodzinnego domu, rozpoczęcie wyższej edukacji. Wybrałam Warszawę, bo była względnie blisko. Poza tym duża część rodziny mojego taty pochodzi właśnie stąd, dlatego chciałam poznać to miasto.

Mieszkanie? Nic ponad standard. Zwykłe osiedle, zwykły blok, zwykli sąsiedzi, zwykły nocny sklep pod blokiem. Nic, co mogłabym obserwować w tych wszystkich pięknych serialach o Warszawie. Sama się dziwiłam, że wszystko jest takie zwyczajne. Gdzie te fajerwerki, gdzie ta wielka stolica, o której wszyscy mówili i wszyscy mi tak zazdrościli? Oczywiście, bloki były wyższe – w moim rodzinnym mieście na osiedlach funkcjonowały jedynie stare czteropiętrowce. Sklepy też były większe i okazało się, że nazywają się dumnie galeriami handlowymi.

Warunki miałam typowo studenckie – mieszkaliśmy we czworo w dwupokojowym mieszkaniu, podział czynszu na czworo, dyżury sprzątania łazienki i kuchni, billing telefonu stacjonarnego. Do dziś pamiętam, jak raz w miesiącu zbieraliśmy się wszyscy i siedzieliśmy nad listą połączeń i różnymi kolorami zakreślaczy zaznaczaliśmy swoje połączenia wychodzące, a potem każdy oddawał swoją część zapłaty za telefon. Mieszkanie we czworo miało swoje zalety – zawsze można było z kimś pogadać, zjeść z kimś wspólnie posiłek albo go zrobić. Miało też niestety wady – czekanie na łazienkę, brak intymności oraz ciągłe towarzystwo kogoś – nawet jeśli chciałam zostać sama, odpocząć czy w spokoju się pouczyć. Zawsze ktoś był w domu.

Brak nadzoru rodzicielskiego spowodował u mnie (i pewnie u większości ludzi, wyprowadzających się od rodziców) dość duże „wyluzowanie” finansowe. Szybko to jednak minęło, bo niestety nie stać mnie było na codzienne zamawianie pizzy czy chodzenie do restauracji. Po pewnym czasie znudziły mi się chipsy na obiad pod koniec miesiąca. Pamiętam, jak kiedyś z koleżanką wybrałyśmy się do bardzo drogiej knajpy w Śródmieściu. Wiedziałyśmy oczywiście, że jest DROGA (zdecydowanie przekraczająca studencki budżet), ale to był początek miesiąca, więc obie czułyśmy, że udźwigniemy ten słodki ciężar. Kiedy już weszłyśmy, rozebrałyśmy się, przywitała nas przemiła pani kelnerka, zaprosiła do stolika, wręczyła nam menu… trochę nas zatkało. Ceny były przeraźliwie wysokie. Nie chciałyśmy wyjść na głupie gęsi z wsi, więc wybrałyśmy jakieś sałatki (oczywiście te najtańsze) i coś do picia. Wcale nie dlatego, że byłyśmy na diecie. Bardzo szybko opróżniłyśmy skąpą zawartość naszych talerzy i wyszłyśmy. Głodne, wściekłe, zawstydzone i biedniejsze o nasz dwutygodniowy budżet.

Rzeczywistość prędko odsłoniła brutalną prawdę – „nie zrobisz sobie, to nie zjesz”, „nie posprzątasz, to będzie brudno”. Na szczęście ekspresowo przeszłam tę szkołę życia, ale wiem, że kilku moich znajomych ze studiów o wiele wolniej przyzwyczajało się do braku mamusinej opieki. Miałam już za sobą pierwsze kulinarne próby, więc stopniowo ubogacałam swój jadłospis, płynnie przechodząc od zupek chińskich poprzez spaghetti aż do samodzielnie upieczonego ciasta. W tym czasie również bardzo ceniłam sobie stołeczne bary mleczne – zwłaszcza, jeśli miałam akurat przerwę między zajęciami i wybieraliśmy się tam ze znajomymi.

Jeśli chodzi o duże sklepy (galerie handlowe) – starałam się omijać je szerokim łukiem. Wiedziałam, że są one stworzone po to, żeby wydać w nich dużo pieniędzy, a początkujący Słoik (w szczególności student) nie może sobie na to pozwolić. Poza tym nie odpowiadała mi atmosfera tych miejsc – wszystko wydawało się takie ekskluzywne i drogie. Bardzo za to polubiłam stołeczne bazary – już w trakcie pierwszego roku zwiedziłam ich kilka. Lubiłam też jeździć na zakupy do KDT, na Olimpię i oczywiście na Stadion X-lecia. Spędzałam tam zwykle po kilka godzin. Jeśli chodziło się wystarczająco długo, można było znaleźć naprawdę ładne i dobre jakościowo rzeczy, choć oczywiście znaczna większość ubrań to była chińska tandeta, która po pierwszym praniu nadawała się na ścierkę. Nauczyłam się też wtedy targować ze sprzedawcami, wiedząc, że proponowana cena to jedynie punkt wyjścia do negocjacji, a im więcej kupię, tym więcej mam okazję dostać taniej.

Nocne życie Warszawy okazało się bardzo podobne do tego w moim mieście rodzinnym. Można było wypić piwo w knajpie, wyjść potańczyć do klubu. Różnice polegały głównie na cenach. Zwykłe piwo było dwa razy droższe. Było też znacznie więcej imprez, także takich plenerowych. Zaskoczyła mnie też ilość ludzi – nawet wieczorami wszędzie było ich mnóstwo! Kiedy szliśmy potańczyć, wychodziłam zwykle poobijana przez towarzyszy zabawy. W miarę upływu czasu i po kilku wizytach w różnych miejscach, wiedziałam już, gdzie mogę iść, żeby zapłacić mniej za piwo i gdzie mogę nie spodziewać się tłumów.

Myślę, że na początku życia w Warszawie najważniejsi są ludzie. Zarówno Słoiki, jak i Warszawiacy. W grupie o wiele łatwiej przystosować się do nowych warunków – wiedząc, że ma się w pobliżu osoby w podobnej sytuacji. Nigdy nie miałam problemów z nawiązywaniem nowych znajomości. Zawsze znalazł się ktoś, z kim można było iść na zakupy, zjeść obiad, iść na piwo czy po prostu pogadać. Poza tym ludzie, którzy już od jakiegoś czasu mieszkają w Warszawie mogą dostarczyć wielu niezbędnych informacji – gdzie tanio ubrać się, napić i zjeść. Najważniejsze to nie dać się porwać wielkiemu miastu, chłodno kalkulować, twardo stąpać po ziemi i nie próbować zmieniać siebie, tylko swoją rzeczywistość.

 

Słoiczka D.

 

About Tomasz Sadowski

  • filipek112

    A warszawiaki to buraki i megalomanie. Myslisz warszawski buraku że jesteś lepszy od kogoś z małej miejscowosci to się mylisz. Warszawskie buraki to egoistyczne świnie i chamy bez kultury, które nie pomagają. Ja pochodzę ze wsi mieszkałem i pracowałem jakieś 5 lat w Warszawie. Spotkałem się z takimi warszawskimi chamami bez kultury że głowa boli. Warszawski burak również ubliża i jest zawistny. Miałem konflikt w pracy z takimi 2 warszawiakami i jak ich kiedys spotkam to będzie ostry wpierdol. Nazywanie mieszkańców mniejszej miejscowości słoikami zalatuje tu dyskriminacją ze względu na pochodzenie. Ja teraz mieszkam i pracuję w USA i tu ludzie są o wiele inni i życzliwsi. Teraz USA to mój dom i pierdole was warszawskie buraki bez kultury. Z takim amerykaninem o wiele lepiej się rozmawia niż z warszawskim burakiem. Taki przeciętny amerykanin jest otwarty na pomoc i o wiele bardziej życzliwszy.