Czy on jest Słoikiem?

Z poczty Naczelnego Słoja:

Jestem katowiczaninem. W Warszawie mieszkam od roku – przeniesiony tu służbowo z jednej z europejskich stolic. Czy jestem tzw. Słojem? A może po prostu ekspatem, który bez żalu pożegna się z niezbyt przyjazną do życia stolicą, gdy tylko firma znów zaproponuje mu transfer. Do domu (Katowic) zawozi mnie regularnie jeden z kilkunastu pociągów Inter lub Euro City. W drodze powrotnej miejsce w mojej torbie zajmuje nowy numer miesięcznika “Śląsk”, a nie wałówka.

Przyjazd do Warszawy nie jest dla mnie żadnym awansem społecznym. Moja rodzina od pokoleń jest pochodzenia mieszczańsko – inteligenckiego. Mam, dokąd wracać, gdy przyjdzie mi na to ochota. Na razie poznaję historie goszczącego mnie miasta i kolekcjonuję drobne, ale widoczne różnice kulturowe pomiędzy naszymi regionami. Mieszkanie wynajmuję, podatki (bezpośrednie) płacę wraz z każdym zakupionym towarem, zameldowany jestem (zgodnie z prawem) tymczasowo.
W Warszawie denerwują mnie ci, co “MUSZĄ”. Muszą ścigać się ze szczurami, bo załatwili się horrendalnym kredytem, branym w szczycie hossy w obcej walucie (podwójna nierozsądność). Muszą, bo spalili za sobą mosty i nie mają po co wracać do rodzinnych miejscowości. Muszą, bo awansowali społecznie i wszystkim wokół oraz sobie chcą udowodnić, że na ten awans zasługują. Dla polskiego PKB to pewnie dobre; dla społeczeństwa mniej.
Dlatego, moim zdaniem, każdy człowiek powinien mieć swoje miejsce na ziemi. Można podróżować i mieszkać w wielu krajach i miastach, ale jedną rodzimą okolicę, krainę, miejscowość trzeba uważać za swoją, trzeba znać i identyfikować się z jej historią i kulturą. Trzeba tam kiedyś wrócić lub co najmniej regularnie wracać. Inaczej człowiek staje mentalnie bezprizorny, traci tożsamość.